Zamykając furtkę, stawiam kroki po spękanym asfalcie, podwalinie miasta przebudzenia.
Idę i widzę, niezmordowane a może i mordowane nocą osoby, jak chorągwieją na wietrze wydarzeń, gnającym różowe od świtu niebo i bruzdy popielności chmurnych traktów.
Upewniwszy się o nieistnieniu mojej drogi wśród nich, opatulam się połami płaszcza i utwierdzam się w ważności Siebie nad Się.
Nie bez rodzaju smutku, bo smutnym jest obserwowanie ludzi dążących do wspólności, jak się więzią i skazują na osamotnienia, poza kosmosem popędów, poza paktem.
Tak to utwierdza w skrajnym indywidualizmie po koniec.
Łopoczą to w lewo, to w prawo, mieszając swój wschód z zachodem, kształtowani chwilą, cholera tak słabi; i tak łopoczą nadwyrężając swoje mięśnie i nerwy, zrywając bliskości i ścięgna, pchając palce na skraj złamania, trzymając się kurczowo tego masztu będącego sensem, tego co je trzyma i którego się oni trzymają, emocją grawitacją czy etosem, uzależnieni od sensu, mu podlegli, z całym bezsensem bycia skazanym na pozostanie banderą czy kariatydą niosącą sławę, w stosunku do nich, obojętnego okrętu.
I gdy z myślą poratowania tak stoję znów pod poczerniałą kamienicą na pustej ulicy aktu widzenia, odwracam się do drzwi.
Nie tylko dlatego że spieszę się napalić w swoim świcie i dniu i byciu.
Wiem że gdy już wejdę między pogardę gołębi pocztowych na dachu, oprę się wiatrowi, lecz nim podam jej rękę, poleci za kolejnym wiatrem do góry, na wysokości masztu, zaabsorbowana kolejną pokusą sensu.
Bo co ona widzi, co pamięta?
Ta wcale nie dziewicza, chorągiew.
Ta misterna i piękna, ale chorągiew.
Bo owładnięta.
I tak dalej roninuję ulicą, nie patrząc ku górze nim wzejdzie słońce promieniejąc ludźmi, jak farbą kryjącymi upiory.













